Opublikowano Dodaj komentarz

Życie w kolumbijskim trójkącie kawowym

Kiedy wylądowałam po raz pierwszy w Bogocie, na 2600 metrach nad poziomem morza, śladów kawy nie było tam wiele. Ani nikogo kto wyglądałby na plantatora kawy. Ani nawet samej uprawy. To chyba nie tutaj, pomyślałam. Jednak, wraz z przylotem do Manizales, które leży w tak zwanym kolumbijskim trójkącie kawowym, sceneria zaczęła się zmieniać.

To tutaj zobaczyłam, jak znamienna jest kultura wokół tak, wydawałoby się, normalnego produktu. Manizales i położona niedaleko niej maleńka miejscowość Chinchina, gdzie miałam przyjemność pracować, są właściwie jej kwintesencją. To tutaj rozgrywają się regularnie jedne z większych transakcji na tym rynku: eksporterzy handlujący ogromnymi ilościami kawy, stosy worków przygotowanych do pakowania w kontenery, cupperzy, których pracą jest wyłącznie testowanie kaw, dzień w dzień, latami, przez ich ręce i kubki smakowe przechodzą miliony próbek.

Tutaj kawa jest głównym tematem, ją się pije, chłonie, żyje się nią. Kawa zakorzeniła się w tym regionie przed wieloma laty i sprawiła, że wszystko wokół jest nią przesiąknięte. Widać to na każdym kroku. Typowa jest architektura, białe domki z balkonami malowanymi na czerwono, jedzenie specjalnie bogate w kalorie, akurat dla zbieraczy, którzy potrzebują dodatkowych porcji siły, żeby targać dopiero co zebrane wiśnie kawowe w ciężkich workach na swoich plecach. Wreszcie jest to charakterystyczny wygląd, ubiór ludzi pracujących przy jej uprawie. To wszystko sprawiło, że region ten został uznany przez UNESCO za dziedzictwo narodowe. Swoisty krajobraz, strome wzgórza pokryte kawowcami, różnorodność flory i fauny dają namiastkę raju, niemożliwego wcześniej do wyobrażenia. „Gasnące” słońce, jakby wyłączane pstryczkiem światło – to były moje pierwsze odczucia z tego kolumbijskiego świata. Mojego świata.

W pewnym momencie kawa w Kolumbii staje się dla mieszkających tam ludzi sposobem na dobry dzień, miłą pogawędkę ze znajomym, przyjemne spędzenie czasu. To ona zrzesza ogrom pracujących przy niej ludzi. Jednocześnie to tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Różnymi etapami kawowej historii – uprawą, obróbką czy usługami osobom zbierającym ziarno w najbardziej tradycyjny sposób, często zajmują się całe rodziny. Kawa zapewnia im ciepły posiłek.

Takie właśnie doświadczenie zebrałam na rodzinnej farmie mojego męża, La Isabeli, gdzie miałam okazję poznać wszystkie procesy obróbki ziarna od podszewki i spotkać tych uśmiechniętych ludzi, którzy może nie zawsze piją najlepszą kawę, bo taka idzie na eksport, ale są całkowicie oddani swojej pracy i pasji.

Wiedząc o możliwościach pozyskania ziarna wysokiej jakości i o oddaniu osób przy nim pracujących, zdecydowaliśmy się zacząć naszą europejską kawową przygodę, jaką jest palarnia La Molienda.

La Molienda powstała z potrzeby zamknięcia kręgu między tradycją uprawy a finalnym odbiorcą kawy, na końcu tego łańcucha. Sprzedając kawę tylko i wyłącznie do kooperatywy, moi teściowie nigdy nie mieli możliwości sprawdzenia, dokąd uprawiana przez nich kawa będzie eksportowana. Często nie mieli też nawet okazji poznać najważniejszego, czyli jej smaku.

Możliwości, jakie daje im bezpośredni zakup przez nas ziarna, są pomostem łączącym świat plantatora i konsumenta, gdzieś tam w odległej Europie. Opinia osoby kosztującej ich kawy, której poświęcili tak wiele, jest na wagę złota, bo daje solidną podstawę do dalszej pracy na rzecz poprawy jakości i rozwoju produktu. Wraz z moim mężem podpowiadamy im, jakie są oczekiwania konsumentów i jak rozwija się segment coffee specialty na rynku europejskim.  Wspólnie staramy się wypracować strategie usprawnienia niektórych procesów na plantacji. Jednak dla kogoś, kto od dziesięcioleci uprawiał kawę przeznaczoną na rynek lokalny, jest to nie lada wyzwanie, a co za to tym idzie, proces zmian jest długofalowy.

Po naszym pierwszym imporcie 140 kg kawy już wypalonej, z finki La Isabela, którą, gdyby nam się nie sprzedała, pilibyśmy przez cały rok, szybko zdecydowaliśmy się na import kawy zielonej. Obecnie nie tylko sami ją wypalamy, sprzedajemy w Oldenburgu i okolicach, a także odsprzedajemy dalej do palarni kaw, które cenią sobie jakość ziarna, bezpośredni kontakt i przejrzystość pracy z farmerami na zasadach direct trade. Prawdziwe zaangażowanie  na wszystkich etapach kawowej drogi wszystkich jej uczestników czyni z kawy produkt tak wyjątkowy. Tylko wiedza o tym, ile pracy kryje się za przysłowiową filiżanką kawy, pozwala na pełne docenienie jej wartości.

 

Adrianna Trujillo

 

 

Adrianna Trujillo – pracuje z kawą od 2005 roku. Doświadczenie w uprawie i obróbce zdobywa na plantacjach rodzinnych męża w Kolumbii. Eksportowała kawę z Chinchiná i pracowała z Q-Graderami w lokalnej kooperatywie w Manizales. Wspólnie z mężem Juanem zapoczątkowała projekt eksportu kawy z rodzinnych plantacji pod marką Fincas Trujillo i założyła małą firmę La Molienda, zajmującą się importem i wypalaniem kawy z tych farm.

 

Juan José Trujillo – jak przystało na Kolumbijczyka z kawowego regionu, większą część swojego dzieciństwa spędził na plantacji kawy. Zapewne z tego powodu jest najlepszym sensorykiem i cupperem w rodzinie. Odpowiada za projekty dotyczące rozwoju plantacji i kontakty z Kolumbią. Z zawodu jest inżynierem budowy maszyn i energii odnawialnych.